Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. Rozumiem
15 – 18.06.2017
CZAS DO STARTU:

Zza kierownicy: Zakręcona...

"Zakręcona" pomyślałem, przekraczając linię mety, na temat trasy pierwszego etapu, jubileuszowej – dziesiątej – edycji Beskidy MTB Trophy. Pętla poprowadzona praktycznie po najściślejszym pograniczu Polski i Czech, określana jako najłatwiejszą ze wszystkich w zasadzie była moim zdaniem taka wyłącznie na papierze. A że Beskidy nie byłyby sobą, gdyby nie postraszyły nas nocną ulewą, to dzisiaj naprawdę było co robić. Właśnie ze względu dużą wilgotność podłoża, ale i odwrócenie przebiegu pętli w okolicach Stożka i Czantorii zmienił się znacznie charakter tej trasy w porównaniu do ubiegłorocznej. Bardzo duża interwałowość, wiele krótkich następujących po sobie podjazdów w drugiej części oraz liczące około 500 m podjazdy na początku trasy usianej wieloma wymagającymi odcinkami wyłącznie wyglądały niewinnie na mapie. Wiszące nad głowami o poranku ciężkie chmury, nie wróżyły niczego dobrego, ale na szczęście były to wyłącznie pomruki upadającego olbrzyma.

_18K0300

Podjazd pod Stożek to klasyka i szczerze – w tym roku wydawał mi się jakoś szybko minąć. Wodą na napędzający mnie dzisiaj młyn były głównie wspomniane single. Pierwszy z  nich już na zjeździe ze Stożka w kierunku Filipki przesiał nieco stawkę pod kątem umiejętności technicznych. Ja bawiłem się świetnie. Kolejne czeskie kilometry to głównie utwardzone drogi i wymagające mocnej nogi wspinaczki z tą kluczową pod szczyt Czantorii. Są jednak także kamieniste, zdradliwe odcinki – na jednym mijam Michała wycierającego rozlane z opony mleko. Wiem, że i tak mnie dogoni. O ile praktycznie od początku towarzyszyła nam mgła to w tym rejonie przybrała ona gęstość kipiącego mleka. Atmosfera u Hitchcocka to bułka z masłem. Na podjeździe do szczytu widoczność zerowa, co – przyznam – nieco podnosiło mi ciśnienie na myśl o samobójczym zjeździe w kierunku Małej Czantorii. Jakoś wolę go podjeżdżać, jak to miało miejsce na poprzedniej edycji. Mnóstwo turystów na szlaku nakazuje zachować rozsądek.

EZ3A7969

Choć pod górę strasznie dzisiaj ciężko mi noga kręciła to każdy zjazd i ścieżka sprawiają, że dostaję skrzydeł. Bawię się super, a rower jedzie niczym przedłużenie mojego ciała. Na zjazdach w kierunku przełęczy pod Tułem i dalej na bogatych singlach trawersujących zbocza Czantorii spotykam kwintesencję mtb w tych rejonach. Ścieżka szeroka na jedno koło, korzenie, kamienie, ciągłe balansowanie. Mijam Marcina spinającego łańcuch – chłop ma naprawdę solidną nogę dzisiaj. Jadę swoje, cieszę się każdym metrem. Powoli zbliżamy się do głównego grzbietu. Znajome tereny, ale akurat tego zjazdu z Czantorii w kierunku Stożka nienawidzę. Luźne głazy zebrały żniwo niejeden raz. Także i tym razem mijam nieszczęśnika z dziurawą oponą. Na szczęście w tym roku założyłem gumy z solidnymi bokami – co za ulga. Soszów i Cieślar mijają równie szybko oddalający się Marcin, nadrabiający defekt łańcucha. Szkoda tylko, że singiel na czeską stronę mija równie szybko.

Jak dla mnie cała trasa mogłaby przebiegać wyłącznie takimi ścieżkami. Poezja, którą się trzeba nacieszyć, bo kolejne naście kilometrów to głównie szutry. Ta część ciągnie mi się niezwykle. Marcin powoli znika, ktoś mnie mija, ja mijam kogo innego i tak do ostatniego genialnego singielka tego dnia. Flow na maksa. 5 km do mety, szumią gumy na asfalcie, ale już ostrzę sobie zęby na ściankę…, której niestety w tym roku nie było na pocieszenie na mecie wita nas słońce i oby tak już do niedzieli. Już dziś kierunek Rysianka – wizytówka Beskidu Żywieckiego.

Jarek Hałas