Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. Rozumiem
15 – 18.06.2017
CZAS DO STARTU:

Zza kierownicy: wyścig zaczyna się po 40-tce

 

10 lat, 40 etapów, około 3 tysięcy km, jakieś 110 – 120 km podjazdów w pionie, liczy sobie ca. dotychczasowa historia najsłynniejszej i najbardziej międzynarodowej w chwili obecnej polskiej etapówki. W powyższych liczbach zawarte są wszystkie nieomal szczyty w pasmach Beskidu Żywieckiego, Śląskiego, czeskiej części Beskidów. Na sumę tych parametrów składały się etapy nieomal wycieczkowe, a przynajmniej tak się prezentujące przy prawdziwych bestiach demolujących najtwardsze i najlepiej przygotowane jednostki. Walka na trasie po 5-5,5h w przypadku zwycięzcy i etapy przekraczające 100 km i ocierające się o 4km w pionie zapisały się niejedną legendą. Te dane są namiastką trudu, potu, łez, zwątpienia, agonii, cierpienia, ale i radości, walki i spełnienia. Walce w poszczególnych edycjach towarzyszyły zarówno piękne promienie słońca, ale i powodziowe wręcz ulewy do granic nadszarpujące morale zawodników, dogłębnie testujące wytrzymałość sprzętu, dziesiątkujące peleton finisherów. W tabelach wyników znajdziemy przedstawicieli około 30 krajów z całego świata, mistrzów krajowych, olimpijczyków, ale i przeciętnego Kowalskiego, który dojeżdżał na metę, gdy czołówka kładła się spać. Stoimy na starcie „kropki nad i” – 40-ego etapu tej jakże pięknej przygody.



W sektorze czuć, poza powiewem delikatnego wietrzyku, że dzisiaj wielu jedzie już siłą woli bardziej niż siłą mięśni. Patrząc po twarzach, zauważa kolega, trochę pojawia nam się miasteczko zombie. Pogoda nie może się zdecydować…. Popołudniowe ulewy na pewno zapewniły trasie „charakterek”. Chmury nie chcą ustąpić, ale i słońce nie daje za wygraną. Tak jak za wygraną na pewno nie da Bartek, który wygląda, jakby już na starcie miał zamiar pożreć rywala z Niemiec. Pewnie każdy będzie walczył do końca. O coś innego, ale do końcowych metrów liczącego 75 km i 3,3km w pionie etapu. Moim zdaniem etapu królewskiego nie tylko tej, ale i kilku ostatnich edycji. Na tym etapie, jak się później dla wielu okaże, wyścig zacznie się dopiero po 40-tym kilometrze, czyli praktycznie dokładnie od trzeciego bufetu. Wreszcie ruszamy. Na pierwszym kilometrze z oczu znika Milan Damek – chyba chce dzisiaj odrobić straty trzech dni i wygrać wyścig. Reszta wciąga maksimum powietrza w płuca i spokojnie kręci ku pierwszemu z dziewięciu zębów dzisiejszego grzebienia podjazdów na trasie. Połom i Kozińce mijają o dziwo szybko. Mam wrażenie, że czwartego dnia noga przypomniała sobie, jak się jedzie w górę. Plan prosty – na Połom się nie spalić, a kluczowy zjazd z Kozińców rozpocząć w czubie. Końcówka toru narciarskiego i dojeżdżam Piotrka. Też wie, co nas czeka dalej. Dokręcam, odjeżdżam Piotrkowi, mijam kilka osób i już lecę piecem w dół. Na pierwszej ściance przeskakuję Bartka i zaraz doganiam Marcina. Hmm – coś za dobrze to kręci. Wraz z dwójką zagranicznych zaczynamy podjazd na Smerekowiec. Marcin powoli znika – nie ma na niego mocnych, ja kręcę równo, choć żwawo swoje. Mamy jakieś 2-3min do czołówki. Mijam rywali jeszcze przed zjazdem do Brennej.



W tym roku niestety zabrano nam genialny singiel trawersu Grabowej, w zamian gratis w postaci 350 m z Brennej. Za plecami widzę goniącego mnie Łukasza i chyba za nim czysto. Na Starym Groniu Milan znowu przeprasza się z oponą, choć ciężko tak nazwać papierowej grubości gumę na jego obręczy. No cóż – na slicku w tym terenie to i traktor nie pojedzie. Przed sobą widzę chyba Manuela Fumica… Aaaa – to ktoś lepszy – Krzysiek z Rzeszowa zwany Łopatą :-) Do Kotarza lecę ucinając pogaduszki z Krissem. Tu zmieniam lokomotywę. Skąd Ty się tu Piotr wziąłeś? Czyżbym się tak obijał, że zjazd z Kozińców już roztrwoniłem? No nic… On naciąga w górę, ja przeganiam tłoki w dół. Na Kotarzu doping Kowala, obracam głowę w prawo i puszczam oko do monumentalnej góry z charakterystycznym przekaźnikiem – Skrzycznego. Chwilę później Hyrca, ostatnie spojrzenie i praktycznie natychmiast połykam mistrzowski trawers Beskidka. Czy już pisałem, że dla mnie ta ścieżka mogłaby trwać cały etap? BOMBA, Beskid – Śląski – Best – of. I w sumie tak chciałem nazwać ten odcinek „zza kierownicy”, jednak wówczas jak miałbym nazwać mój wymarzony etap z Kulminacją na wspomnianym Skrzycznem i zjazdem do Buczkowic? Michał – walcz, to będzie top topów. Na Karkoszczonce baton i zaczynam jeden z dwóch najdłuższych podjazdów – na Klimczok. Jak dobrze, że dość łatwą szutrówką – to pestka w porównaniu z ubiegłoroczną wspinaczką przez Stołów. Pamiętacie? Wciągam drugi żel i niedługo mijam czwórkę Stevens’a i Rapiro Focus. Chłopaki są dętka. Połowa podjazdu i … tak, mogę uwierzyć, że Piotrek powoli znów do mnie dołącza. Na szlaku coś pomarańczowego – to niestety znów Marcin pokutuje nad łańcuchem. Łączymy z Piotrkiem siły praktycznie na końcówce harpagańskiego podejścia do Siodła pod Klimczokiem. Słońca nie ma, a coś mnie ślepi – dzięki kuzyn za fotki


Rywal z trasy naciąga mnie równo. Nawrót i kamienisty finisz na szczyt Klimczoka – żałujcie, że nie było słońca, widoki ze szczytu na Tatry i Babią Górę są niezapomniane. Przede mną zjazd na Błatnią i dalej Brennej. Liczę urwać nieco sekund nad „żółtą koszulką”. Zawsze obawiam się tego zjazdu, ciekawe, ile opon tu węże zjadły? Lecę na granicy kontroli, zaciskam zęby w obawie i opony. 99,9% - nie przekraczam ryzyka. Na Stołów i Trzy Kopce czuję, że noga coraz bardziej pusta. Ale nic, wciąż w dół. Polana na Błatniej, połowa zjazdu, a tu… rywal na kole. No uczy się bestia Do Brennej tempo TGV – uwielbiam ten zjazd. Szkoda, że potem trzeba się wspinać na Kotarz. Asfalt w Brennej Hołcynie, 40 km za nami, sprzeczne zeznania mówią, że jedziemy 4-5 pozycja. Aż strach pomyśleć, myślę… Szybki wodopój, koryto i naginamy drogą spływającego asfaltu. Ze 12-14% przez ponad 1,5 km. Tzn. Piotr nagina, a ja już się zaginam. Zostaję sam, na ścieżce nieco się wypłaszacza. Stromizny pojawiają się rzadko. Szlak meandruje zbocza Beskidu Węgierskiego. W 2/3 czuję za plecami oddech Marcina. Gość idzie jak przeciąg – jakby nie defekty to by chyba Kanerę pogonił, gdzie pieprz rośnie. Szacunek za skrzynkę pomimo tylu strat z powodu napraw. Tasuję się z Bartkiem Oleszczukiem. Wjeżdżamy na trawersik Kotarza, rewelacyjna ścieżka. Szybka sesja filmowa do kroniki wyścigu i lecimy na Salmo. A tu gwóźdź przed- przedostatni. Malinów. Ściana zrzucająca z siodła. Wspierani dopingiem megowiczów przepychamy te 200 m w górę. Urywa nogi.


Na zjeździe do Nowej Osady gram już swoje nuty. Bartek zostaje. Bufet, skręt w lewo i marzenia o mecie zaczynają się spełniać. Kilka minut na kadencji 30, wzrok wlepiony w punkt do końca nieokreślony i w końcu radość na widok „srebra” tej pięknej szutróweczki, którą wykańczamy Cieńków Wyżni. Jeszcze troszeczkę. Deszczyk zaczyna swój koncert. A niech gra. Jest pięknie! Brunatna tafla Jeziora Czerniańskiego. To znak, że zostaje wyłącznie Zameczek. Kręcę swoje, za mną pusto i wiem, że wymarzone top 10 finałowego etapu jest coraz bliżej. W skupieniu pokonuję te 2,5 km. Mija mnie Tomek, w aucie, chwilę później mijam jakiegoś zawodnika. 100 metrów dalej obracam głowę, okazuje się, że był to ktoś z classica. Ostatni zakręt, Szarcula i „jestem w domu”. Ostatnie 5 km z wykończeniem ścieżką przez las. I jest – upragniona koszulka finishera jubileuszowej edycji nr 10 ! To było dla mnie Trophy wielu niewiadomych, momentów zwątpienia, trudnych chwil głównie na podjazdach, ale i wspaniałych chwil na w większości znanych trasach w otoczeniu pięknych pejzaży i w towarzystwie wspaniałych rywali. Marcin, Piotr, Łukasz, Bartek, Krzysiek, Mariusz – dzięki za wspólną jazdę, rywalizację i motywację. Andrey – wracaj do zdrowia. Bartek J. i Michał N. – gratulacje! I jak tu nie myśleć już o kolejnym roku Trophy ???